Poczucie straty

Koniec wakacji często przywołuje na myśl przykrą świadomość straty tego szczególnego czasu, gdzie mniej jest obowiązków, piękniej za oknem, prościej i bardziej leniwie. Nic więc dziwnego, że tęsknimy za wakacjami i czasem urlopu. Ani też, że najgorszy jest pierwszy dzień po powrocie do pracy. Niekiedy to nasza świadomość wyprzedza samą stratę, kieruje naszą uwagę na nadchodzące zdarzenie. Bawi mnie powiedzenie mojej żony, która wzdycha w sobotni wieczór, mówiąc: „I już po weekendzie…”. Niemniej we wszystkich podobnych do tej reakcjach odbija się natura człowieka, który tęskni za stałością rzeczy, które upodobał sobie. W tym przywiązaniu trochę jest z egoizmu, niedbałości i lenistwa, choć różny jest stopień ich nasycenia. Co więcej, w tym przypadku rzadko skłonni jesteśmy traktować dotkliwe przeżywanie straty jako sygnał czegoś, co wymaga uporządkowania dla głębszej relacji z Bogiem. Tak bardzo naturalne, swojskie jest to przeżycie. Rozumiemy i współprzeżywamy przykre sprawy.

Fenomenologicznie rzecz ujmując, poczucie straty przybiera co najmniej dwie postaci. Pierwszą stanowi reakcja na utratę „małych” rzeczy – wolnego czasu, chwili wypoczynku, skradzionego komputera. W tym przypadku, w perspektywie tego, co w życiu ważne, rozsądne wydaje się niemal pełne oderwanie od tych rzeczy. Nie neguje to samej przykrości, prawa do takiego przeżywania wydarzenia, ale nakazuje wstrzemięźliwość w skupianiu się na nim i wyznacza perspektywę pewnej pobłażliwości dla naszych emocji. Drugą jest zaś reakcja na stratę prawdziwie poważną – dla chorego jest nią utracone zdrowie i niekiedy brak perspektywy na jego odzyskanie, może być nią utrata przyjaciela, poczucia bezpieczeństwa lub wyłączności w relacji z małżonkiem… Każdy z nas z łatwością może uzupełnić tę listę. Nie jeden raz trudno jest nam dalej z tym żyć, odzyskać spokój lub równowagę, odbudować to, co zostało zniszczone.

Podkreślałem to już nie raz, że w duchowości benedyktyńskiej możemy spodziewać się wszystkiego, ale nie zaprzeczenia rzeczywistości naszego serca. Co więcej, znajdziemy tam proste i szczere zrozumienie. Benedykt wprost powie, że „Opat powinien mieć wzgląd na słabość [innych]” (roz. 48, 25). I zaleca świadomość własnych przeżyć, podejmowanie próby ich zrozumienia, a w tym świetle — korygowania osobistej postawy. Chodzi o to, by nawracać się przez odnawianie umysłu; to rozsądek i prawidłowo formowane sumienie mają być narzędziem do postępu duchowego.

W innym miejscu powie: „Dobrze by było wprawdzie, by mnich w każdym czasie żył tak, jak należy żyć w Wielkim Poście, lecz tylko nieliczni mają taki stopień cnoty” (roz. 49, 1). Ważne jest w jego opinii to, byśmy zachowali wyrozumiałość dla siebie. Nie należy formułować nadmiernych wymagań, trzeba zaś unikać przygnębienia z powodu niemożności osiągnięcia niedoścignionego ideału. Z drugiej strony wyraźnie się sprzeciwia epatowaniu swoim przygnębieniem, angażowaniu zbyt wielu osób w swoje sprawy, łapczywemu szukaniu ukojenia w zrozumieniu innych. Chce, by wszystko, co robimy, było dla każdego z nas pożyteczne, jak również, by nasze sprawy nie rozpraszały innych (roz. 48, 17). Innymi słowy zaleca, by nie fałszować prawdy o sobie, ale i nie przyzwalać na panoszenie się naszych słabości.

Poczucie straty jest wezwaniem do dialogu z Ojcem. Na Nim to wzoruje św. Benedykt obraz Opata, który ma reagować na potrzeby braci: „Powinien [on] dawać mnichom wszystko, czego im potrzeba”. Jednak równocześnie: „Powinien [on] zawsze mieć w pamięci to ważne zdanie z Dziejów Apostolskich: każdemu rozdzielano według potrzeby (Dz 4,35). A zatem i on również niechaj uwzględnia raczej potrzeby słabych niźli złą wolę zazdrosnych” (oba cytaty z roz. 55, 18—21). Zdarzenie, które niesie poczucie straty jest nam potrzebne, choć trudno to i zrozumieć i zaakceptować w danym momencie. Co więcej, jest sposobem uwzględnienia naszej słabości – pozwala ją lepiej dostrzec, pokazuje stopień przywiązania do świata, daje szansę na to, by w jej sprawie zwrócić się do Ojca, który może przecież wszystkiemu zaradzić. Benedykt dodatkowo podpowiada, by wykorzystać tę okoliczność możliwie sensownie. Nie rozczulać się nadmiernie, ale i nie bagatelizować w taki sposób, który oddaje niezdrowe lekceważenie rzeczy i ludzi nam powierzonych. Zawsze szukać woli Bożej, odkrywać prawdę o sobie po to, by przyoblekać się w Chrystusa i coraz bardziej jaśnieć Jego światłem. Poczucie straty jest rzeczywistością umierania „starego człowieka”, kruszenia się „serca z kamienia”; jest drogą pokory — odzierania drzewa z kory, by dotrzeć do tego co mocne, trwałe i żywe. W duchowości benedyktyńskiej, w chrześcijaństwie ukryta jest bowiem ta trudna do pełnego wyjaśnienia tajemnica radości z tego, co przykre.

Autor: Michał Królikowski

Related posts

Leave a Comment